Dlaczego filmy na podstawie gier są do bani???
silent hill movie
Doskonałym przykładem może posłużyć film Hitman, który swoim zawadiackim sposobem bycia przebił samego Rambo! – jednocześnie profanując jedną z najlepszych gier wszech czasów. A z tego co wszyscy pamiętamy, skrytobójczy charakter agenta 47, nie pozwalał nam ujrzeć go wjakiejkolwiek strzelaninie w której nie musiał brać udziału. Tak więc, film, okazał się zupełnym przeciwieństwem tego, z czego słyną gry o łysym agencie. O aktorze z odzysku (Timothy Olyphant) – gdyby nie mój obowiązek i stary dywan, na który mogę rzygać bez krępacji – nawet bym nie wspomniał.
Kolejnym niezbyt udanym filmem wartym przytoczenia do pokazania nieudolności niektórych ludzi, jest Max Payne. Niestety również i ten film nie miał wiele do zaoferowania graczom. Efektowny bullet time, który przecie był esencją gry, w filmie trzeba było czekać bite pięćdziesiąt minut – w dodatku jedyny jaki można zobaczyć w w dwu godzinnym seansie! A już pewnego niemieckiego reżysera wykorzystującego tytuły gier wyłącznie do nabijania kieszeni kasiutą – jak to mawiają na śląsku – wole omieszkać. (Tekst pisze w zasięgu nowiutkiego arabskiego dywanu, także nie chcę ryzykować ;)). Na końcu należy zbesztać naszego rodaka: Andrzeja Bartkowiaka za bez klimatowy film Doom. Najlepszym moim zdaniem momentem Dooma, jest scena w której kamera zostaje usadowiona nad karabinem bohatera tworząc efekt perspektywypierwszoosobowej, niczym w FPS-ie.
Ale żeby nie było iż wyłącznie narzekam, został nakręcony rodzynek w natłoku beznadziei i rozpaczy. Mianowicie: Silent Hill. Chłopaki wzięli zawiły i trudny scenariusz do realizacji stawiając sobie wysoko poprzeczkę, która być może zatrzęsła się podczas skoku, lecz w ogólnym rozrachunku nie została strącona. I to właśnie Silent Hill daje nadzieje pójścia przez twórców gier po rozum do głowy, aby nie sprzedawali licencji komu popadnie dla zarobienia większej sumy pieniędzy, tym samym olewając rzesze zagorzałych fanów, tylko zaczęli szanować swoje wykreowane światki.
Tak więc, póki, my gracze, nie zmienimy pewnych mechanizmów nakazujących oszczędzać filmowcom na współpracy z projektantami gier, a projektantom nie zaświecimy żarówki oświetlającej ich znieczulice, dola gracza-kinomana będzie niezwykle ciężkim kawałkiem chleba do przeżucia. Ponieważ, gdy będziemy oczekiwać ekranizacji naszej ulubionej gry, pokładając w niej ogromne nadzieje, okaże się, że były one tylko płonnymi marzeniami zniszczonymi przez "Diabloskie"czeluści. Niechaj Bóg ma graczy w opiece. Amen.
Komentarze
1 komentarz, Dodaj KomentarzDodaj Komentarz